Marzę i mażę o rzeczach poważnie komicznych, logicznie paradoksalnych, przyziemnie niecodziennych i autentycznie nierealnych. W końcu kto mi zabroni marzyć i mazać?
Kategorie: Wszystkie | Anegdoty | Felietony | Miejsca | Psychologia
RSS
wtorek, 12 lutego 2013

Jeszcze kilka dekad temu miłość polegała trochę na czymś innym niż dzisiaj. Od romantycznych uniesień o wiele wyżej ceniło się oddanie, szacunek i zobowiązanie.

Moi dziadkowie przeżyli razem kilkadziesiąt lat. Ona wysoka, zamknięta w sobie marzycielka, on pełen życia, krępy gaduła – wspólnie ciężko pracowali, liczyli każdy grosz i walczyli z codziennymi przeciwnościami losu. Ich przeplatana smutkami i radościami historia rozpoczęła się w momencie, gdy dziadek zaopiekował się babcią, kiedy ta zaszła w ciążę i została porzucona przez ojca dziecka. Moja mama nigdy nie poznała swojego prawdziwego taty, ale za sprawą dziadka nigdy nie czuła też takiej potrzeby. Dziadkowie wspólnie wychowali więc czwórkę dzieci i doczekali się ośmiorga wnucząt.

Mimo to mój dziadek nigdy nie wyznał babci miłości. Nawet na łożu śmierci w chwili, gdy chciał to zrobić, załamał mu się głos. Oboje popłakali się. Dziadek umierał w domu, ponieważ kiedy lekarze wydali już ostateczny wyrok, babcia nie pozwoliła, aby został w obcym szpitalu. Do ostatniego dnia, a nawet po śmierci opiekowała się nim w ich własnej, zapewne pełnej wspólnych wspomnień sypialni.

Ciało dziadka pozostało w domu do pogrzebu. Ktoś zapytał babcię, czy się go nie boi. Odpowiedziała, że przeżyła z tym człowiekiem prawie 60 lat, czego miałaby się bać? Wyobrażam sobie, że w tym czasie czuwała i modliła się przy nim. Przygotowując go do pogrzebu, zapewne rozmyślała o ich wspólnym życiu: dobrych i złych chwilach.

Czasy zmieniają się. Dziś w kółko gadamy i chcemy słuchać o miłości, ale poświęcenie całego siebie drugiej osobie jest z punktu widzenia współczesnego życia bardzo niewygodne. Oglądamy romantyczne komedie i lubujemy się w rzewnych historiach miłosnych, co wzbudza naszą tęsknotę za uniesieniami, ale przecież prawdziwa miłość nie polega na ciągłej ekscytacji, zachwytach i patrzeniu sobie w oczy.

Gdyby moja babcia wymagała tego od dziadka, pewnie nigdy nie byliby razem. Dlatego w tegoroczne walentynki daj sobie spokój z kwiatkami, czekoladkami, serduszkami i kartkami opatrzonymi gotowymi wierszykami, a w zamian za to – albo oprócz tego – spraw, aby Twoja druga połówka poczuła się przy Tobie szczęśliwa, spełniona, akceptowana i doceniana, aby po prostu poczuła się bezpiecznie i dobrze.



czwartek, 31 stycznia 2013

Język jest żywym i elastycznym tworem: idealnie dostosowuje się do zmieniającego się świata. Z drugiej strony stanowi też doskonałe świadectwo tych zmian.

Znakomitym przykładem jest dzisiejsza moda na celebrację „celebryty”. Słowo razi większość z nas, ale i tak zrobiło karierę, bo w realnym świecie pojawił się nowy fenomen: człowiek, niemający większych zasług, niebędący autorytetem w żadnej dziedzinie, ale popularny. Znany z tego, że jest znany.

Pojawiła się luka, ponieważ żadne z dotychczasowych pojęć nie nadawało się. Znakomitość, idol, wielkość, sława, gwiazda, supergwiazda, artysta, bożyszcze, mistrz, osobistość, autorytet, geniusz. Nie, nie, nie! Nijak nie pasuje! Język musiał się więc dostosować, a przy okazji na stałe zarejestrował zainteresowanie społeczeństwa tym szczególnym gatunkiem ludzi, trochę mniej szarych niż wszyscy inni.

Jak bardzo by nam się to nie podobało, słowo „celebryta” jest potrzebne. Choćby po to, aby wiedzieć, na czym się stoi. Jeśli ktoś uzna Cię kiedyś, drogi Czytelniku, za celebrytę, będziesz miał bowiem pewność, że jesteś nikim.


piątek, 18 stycznia 2013

Babcia:

– Pamiętaj wnuczko, że najważniejszy jest ruch. Powiem ci szczerze, że ja nie zaznałam go w życiu zbyt wiele i popatrz, jak mnie teraz na starość w krzyżu łupie. Dlatego najlepiej weź sobie Latynosa, bo nie od dziś wiadomo, że oni najwięcej się ru… szają.

Dziadek:

– Pamiętaj wnuczku, że najważniejsze w życiu jest to, aby zawsze móc sobie swobodnie i zdrowo pierdnąć. Dlatego koniecznie poszukaj sobie takiej, wiesz, swojskiej baby. Ja, widzisz, wziąłem sobie „arystokratkę” i całe życie się męczę.

 

piątek, 11 stycznia 2013

Scenka z programu telewizyjnego. Starsza pani przy barze odbiera swoją kawę. Barman zagaduje:
– Gdzie kupiła pani te okulary?
– Hmm… U optyka. – Nieśmiało pada odpowiedź trochę zdziwionej właścicielki rzeczonych okularów.
– A ładnych nie mieli?
– Słucham?
– Pytam, czy ładnych nie mieli?
– Mieli. – Cicho i niepewnie przyznaje, coraz bardziej zdziwiona.
– Ale nie chciała pani?
– …?! – Zawstydzona rumieni się, spuszcza wzrok i odchodzi z kawą, nie odpowiadając.

Jedni po prostu to mają, inni nie: błyskotliwą ripostę w każdej, nawet najbardziej niewygodnej sytuacji. Chodzi o to, że zareagować trzeba szybko. „Mogłam mu wtedy powiedzieć, że…” już się niestety nie liczy, bo cała rzecz w refleksie właśnie.

Przypominam sobie, że kiedy byłam dzieckiem, zwierzyłam się rodzicom, że ktoś powiedział mi coś niemiłego, już nie pamiętam co. Doskonale pamiętam natomiast ich reakcję: „A ty nie umiesz się odszczekać?”. Niestety, nie umiem. Do dziś.

Ku mojej wielkiej uldze okazuje się jednak, że „odcinania” można się nauczyć. W dalszej części programu dowiadujemy się, że barman jest podstawiony, a biedna właścicielka okularów poddana została testowi na błyskotliwość, który – nawiasem mówiąc – oblała. Występujący w roli barmana Matthias Pöhm prowadzi szkolenia z zakresu retoryki i komunikacji, ucząc m.in. błyskotliwego reagowania na głupie docinki lub słowne prowokacje. Jeden z pierwszych etapów szkoleń to ćwiczenie umiejętności odwracania uwagi od niewygodnego tematu. Najprostszym sposobem jest zadanie rozmówcy pytania z zupełnie innej beczki. Potem stopniowo przechodzi się do ćwiczenia innych taktyk. Atak odeprzeć można na przykład, zamieniając sytuację w żart, w nieoczekiwany sposób przyznając rozmówcy rację albo po prostu wykładając kawę na ławę bez usprawiedliwiania się. Najważniejsze jest jednak to, aby w ogóle zareagować. Wszystko przychodzi dużo łatwiej osobom, które mają do siebie dystans, na luzie podchodzą do rozmówcy i nie biorą niczego aż tak bardzo na serio.

Do lady podchodzi starszy mężczyzna. Barman, podając mu zamówiony napój, pyta:
– Na kogo Pan zagłosuje?
– Na Zielonych.
– Oj, tych z samego dna…
– No, w końcu ktoś musi pomagać słabszym…

Opisany odcinek programu sternTV (w wersji niemieckojęzycznej) został wyemitowany 01.08.2012 w telewizji RTL. Więcej na temat treningów Matthiasa Pöhma można dowiedzieć się z jego strony (również po niemiecku): http://www.schlagfertigkeit.com. Bezinteresownie polecam!

---

Być może zainteresuje Cię także:
Ciszej proszę...
Nie martw się

 


sobota, 29 grudnia 2012

Wybieram się na pocztę. Kiedy po odstaniu swojego w długiej kolejce, w końcu udaje mi się podejść do jedynego otwartego okienka, oddaję swój list i cierpliwie obserwuję, co stanie się dalej. Wiem, że cała operacja nadania priorytetowego listu poleconego za potwierdzeniem odbioru wymaga czasu, dlatego spokojnie czekam, aż pani złoży podpis w trzech miejscach, naklei dwie naklejki identyfikacyjne, zeskanuje numer listu, podbije pokwitowanie, wpisze list do rejestru, naklei znaczek i wprowadzi opłatę do komputera. W tym czasie mój wzrok przyciąga leżące na ladzie kolorowe czasopismo szmatławego typu. Z nagłówkami: Perfekcyjna pani domu rozstała się z mężem. Czy Edyta Górniak jest naprawdę szczęśliwa w nowym związku? Ona zmieniła styl Borysa Szyca – czy odmieni jego życie?

Opinia publiczna znów zbulwersowana. Dziennikarze zażartowali z pielęgniarki opiekującej się Kate Middelton. Co ciekawe oburzeniu dano wyraz nie bezpośrednio po dopuszczeniu się tej manipulacji, lecz dopiero, gdy pielęgniarka popełniła samobójstwo. Przedtem stacja radiowa po prostu nadawała na antenie nagranie z rozmowy, a zbulwersowana dziś opinia publiczna śmiała się do rozpuku.

Czas więc na poszukanie winnych tej tragedii. Dziennikarze, oczywiście. Ale może i winni są przełożeni. Być może urządzili pielęgniarce piekło. (A jak myślisz, jak Twój przełożony zareagowałby, gdybyś to Ty, drogi Czytelniku, ujawnił ściśle poufne informacje firmowe? Zwolnienie byłoby, podejrzewam, najłagodniejszą z możliwych kar). Może winne są jednak też służby ochrony królewskiej. Przecież powinni przygotować personel na taką ewentualność. Dlaczego rodzina królewska nie wydała dyspozycji? Ha! A więc już wiadomo.

A co jeśli tak naprawdę winni jesteśmy my: i ja, i Ty, ci zwani „opinią publiczną”, w tym także ta zbulwersowana część? Czy dziennikarze szukaliby sensacji, gdyby nie mogli jej sprzedać? Nie jest żadną nowością, że nasza ciekawość pociąga za sobą ofiary. Nie bez przyczyny na myśl nasuwa się tragiczna śmierć księżnej Diany, ale zapewne spowodowaliśmy też dużo więcej, mniej spektakularnych tragedii, o których nigdy się nie dowiemy. Niczego się nie uczymy, po prostu nasza ciekawska natura jest silniejsza.

Oczywiście, że pociąga nas niedostępny dla zwykłych śmiertelników królewski świat, skoro zastanawia nas nawet, co dzieje się za drzwiami naszych sąsiadów czy znajomych. Zastanawia, to mało powiedziane: ciekawość przecież aż pali nas od środka. Bardziej nawet niż zgaga. Dlaczego nie mają dziecka, dlaczego mają aż czwórkę, dlaczego ją zdradził, dlaczego się rozwodzą, dlaczego ona jest ciągle sama, dlaczego jest z nim nadal, dlaczego się kłócą, dlaczego się nie kłócą… Kto nigdy nie wtrącał się w cudze sprawy, niech pierwszy rzuci kamień.

– Siedem złotych pięćdziesiąt. Może jeszcze gazetkę? – pyta pani zza pocztowego okienka, podłapawszy moje zainteresowanie. Nie! A co mnie to wszystko obchodzi?!



piątek, 21 grudnia 2012

Rok 2008

- Utrzymać wagę i kondycję.
- Pisać blog.

Rok 2009

- Uprawiać sport 3 razy w tygodniu.
- Schudnąć z 55 na 52 kg.
- Pisać blog.

Rok 2010

- Uprawiać sport raz w tygodniu.
- Schudnąć z 58 na 55 kg.
- Pisać blog.

Rok 2011

- Uprawiać w ogóle sport.
- Schudnąć z 60 na 58 kg.
- Pisać blog.

Rok 2012

- Chodzić na spacery.
- Schudnąć z 63 na 60 kg.
- Pisać blog.

Rok 2013

- Pisać blog i olać resztę.



1 , 2 , 3 , 4 , 5
 



Drogi Czytelniku,
wszystkie zamieszczone na tym blogu teksty zrodziły się w bólu i są moją własnością. Uszanuj proszę moją pracę i jeśli chcesz je wykorzystać, zapytaj o zgodę: https://www.facebook.com/nowikaa. Prawa autorskie do zdjęć należą natomiast do poszczególnych autorów (podanych we wpisach). Wszelkie podobieństwo przedstawionych na tym blogu osób i zdarzeń do rzeczywistych jest przypadkowe.

Jeśli chcesz otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach, zapisz się na newsletter (poniżej) lub polub „Marzę i mażę” na Facebooku (powyżej). W ten sposób będziesz zawsze na bieżąco. Serdecznie zapraszam!


stat4u